Ile kont w związku: jedno, dwa, trzy, więcej?

Ile kont powinna mieć współczesna para by pieniądze nie stanowiły problemu? Pod warunkiem, że na te konta wpływają pieniądze, oczywiście. Gdy decydujecie się na wspólne życie, powinniście założyć wspólne konto? czy każde z partnerów powinno zachować swój rachunek? A może wystarczy upoważnienie do konta partnera? Rozwiązań jest wiele, przedstawiam plusy i minusy każdego z nich. Może chwila refleksji pomoże zlikwidować kwasy wokół kasy. Bo jeśli kłócicie się często o pieniądze, to może winne jest wspólne konto? Albo jego brak?

 

Jedno konto – wspólna kasa

Czyli, jak nazywają to ekonomiści, model kubański. Dochody wpływają na jedno konto. Partnerzy mają nieograniczony dostęp do zgromadzonych na koncie środków. Wszystkie wydatki, także te indywidualne, pokrywane są z tej puli. Z badania przeprowadzonego przez ING wynika, że ten model wybiera co trzecia para w Europie!

Plusy wspólnego rachunku bankowego
  • Jedno konto „zrównuje” partnerów – bez względu na faktycznie osiągane dochody mogą korzystać z pieniędzy na tych samych zasadach, co samo w sobie buduje poczucie wspólnoty.
  • Wspólne konto pokazuje poziom zaufania, jakie partnerzy mają do siebie, taka miara zaufania – „Ufam Ci na tyle, by powierzyć Ci moje pieniądze”.
  • Plusem, dla niektórych minusem, jest pełna transparentność wydatków. Przy płaceniu kartą lub przelewem łatwo sprawdzić, ile na co poszło. Ile kosztowała ta bluzeczka, a ile piwo z kolegami. Opowiedziano mi historię o mężu, który kartą do wspólnego konta płacił za usługi w agencji towarzyskiej, co szybko wyszło na jaw, przy czym podobno – choć trudno mi w to uwierzyć – małżonkę zaszokowała bardziej wydatkowana kwota, niż sam fakt korzystania z takich usług.
  • Plusem jest też lepsze zarządzanie środkami – dwie głowy mają szansę lepszego pilnowania terminowości opłat. Wspólne konto sprawdza się także, gdy jedno z partnerów lepiej sobie z finansami radzi, pamięta o trzymaniu dyscypliny wydatków, umie też środki mądrze pomnażać. Pełni  wtedy rolę takiego mózu finansowego rodziny.
  • Wspólne konto, na które wpływają dochody dwóch osób, daje lepszą wiarygodność kredytową – tak przynajmniej twierdzą strony banków. Ułatwia to uzyskanie kredytu hipotecznego na lepszych warunkach. No można uzyskać zwolnienie z opłaty za prowadzenie konta – częstym warunkiem jest tu co miesięczny wpływ określonej, dosyć wysokiej kwoty, którą łatwiej zgromadzić we dwoje.

 

Minusy – sprawdźmy, jaka jest cena powyższych plusów?
  • Dla niektórych minusem jest ww. transparentność. Wiadomo kto, na co i ile wydał. Niestety sprzyja to próbom kontrolowania, co gorsza wydatków nie swoich, a partnera.
  • Sporym minusem jest możliwość wykorzystywania sytuacji przez któregoś z partnerów, ponad miarę używającego wspólnych pieniędzy na swoje potrzeby. Czasami wynika to ze zróżnicowanego podejścia do wydawania, po prostu jednej osobie zakupy sprzyjają przyjemność, a druga woli inne zajęcia. Gorzej jednak, gdy jest to zamierzona strategia – mnie się należy. Może się okazać, że jedno z partnerów wydaje o wiele więcej niż wkłada i to na własne, a nie – wspólne potrzeby. Jeżeli finansujący partner zorientuje się, że jest wykorzystywany… awantura gotowa.
  • Minusem jest wspólne odpowiadanie za debety na koncie – wystarczy jednak z takiej możliwości zrezygnować. Innym technicznym minusem jest konieczność płacenia za wydanie drugiej karty do konta. I wreszcie zwiększone niebezpieczeństwo pozostania bez środków  w przypadku włamania się na konto lub ewentualnego zajęcia środków przez komornika.
  • Koniec z miłymi niespodziankami

Tam, gdzie rządzi wspólne konto i transparentność zakupów, prezenty tracą swoją moc sprawiania przyjemności. To wielki MINUS. Spotkałam w swojej praktyce klientkę, która robiła partnerowi wyrzuty z powodu zbyt drogiego bukietu kwiatów, jakie od niego dostawała – ile kosztowały zobaczyła na wydruku z konta, bo zapłacił kartą. Inna czuła się zawiedziona, że partner kupuje jej drobne prezenty ze wspólnego konta, w które ona zresztą miała większy wkład. Obie oczekiwały, iż kwiaty sfinansowane będą z własnych pieniędzy faceta – a skąd miałby je wziąć?

 Na co jeszcze zwrócić uwagę?

Ukrytym warunkiem powodzenia takiego modelu jest … wspólne konto. Wspólne, czyli dające takie same uprawnienia obu osobom. Niektórzy kontentują się tylko upoważnieniem partnera do korzystania z konta. W razie konfliktów czy rozpadu związku, może się okazać, że to za mało, bo właściciel konta ma prawo bez problemu upoważnienie cofnąć, odcinając drugą osobę od wspólnych pieniędzy.  I niestety często brutalnie to robi.  Prawdziwym nieszczęściem jest śmierć właściciela konta, bo wraz z nią upoważnienie wygasa, bank przetrzymuje pieniądze do ustalenia spraw spadkowych, chyba że zrobiło się zapis na wypadek śmierci.

Wspólne konto wymaga od partnerów poczynienia wielu ustaleń i pewnej dozy tolerancji. A przede wszystkim umiejętności powstrzymywania się od komentarzy. Wiele kłótni o pieniądze zaczyna się od krytykowania drugiej osoby za zakupy, kwestionowania zasadności wydatków lub ich wysokości. „Jak można tyle zapłacić za taki szajs” – to deprecjonujący komentarz.  Skrytykowany partner zaczyna się bronić, albo odpłaca takim samym atakiem i kłótnia gotowa. Zdarza się, że para odgrywa stały taniec, w którym role zostały już przypisane: ktoś jest rozrzutnikiem, a  ktoś kontrolerem. Ktoś zarabia, a ktoś wydaje. Dopóki im to nie przeszkadza, mogą tak tańczyć do końca. W małżeństwie moich rodziców, tata był szczęśliwym wydawaczem, w efekcie mimo sporych przychodów, nigdy nie miał pieniędzy. Mama zaś była kontrolerem, to ona zarządzała kasą i decydowała o wydatkach. Na starość tata wpadł w nałóg zakupów z katalogu Readers Digest. Miały mu one zagwarantować wysoką wygraną. Przewrotny marketing firmy, te wszystkie listy gratulacyjne, gwarantujące na 100% możliwość wygranej, pobudzały jego wyobraźnię. W najaktywniejszym okresie Tata wydawał co miesiąc przynajmniej 500 zł na zupełnie niepotrzebne gadżety, albumy czy płyty, które jeszcze dzisiaj znajduję nieodpakowane w jego garderobie. Dziwiłam się, że moja rozsądna Mama pozwala na takie ewidentne marnotrawstwo. Ona jednak tłumaczyła mi, że ludzie mają o wiele bardziej kosztowne hobby, a to jest taki podatek od nadziei, jak gra w totka. Ona nie chce go tego pozbawiać. I tak sobie żyli szczęśliwie, w tolerancji.

Zanim zdecydujecie się na wspólne konto, koniecznie poznajcie wzajemne podejście do pieniędzy, czy jesteście z natury rozrzutni, czy oszczędni. Zastanówcie się, czy wasz partner jest osobą, z którą warto mieć wspólne konto.  Bo potem nawet decyzję o zamknięciu rzeczonego konta trzeba będzie podejmować wspólnie.

Niech żyje zaskórniak!

Istnieje jeszcze odmiana modelu kubańskiego, gdy wszystkie oficjalne pieniądze wchodzą do wspólnego budżetu, natomiast wszelkie dodatkowe, w tym nagrody i premie, stanowią skrzętnie ukrywane „zaskórniaki”.  To rozwiązanie ma bogatą tradycję, jeszcze z czasów PRL. Wtedy zazwyczaj mężczyzna przekazywał pensję  w kobiece zarządzanie. Przy czym co sprytniejsi i bardziej obrotni potrafili sobie zawsze zachować tzw. zaskórniaki, żeby nie być narażonym na wypraszanie u żony budżetu na zakazane przyjemności. Partner zmuszony do proszenia o pieniądze czuje się infantylizowany.  Sytuacja ma w sobie  coś z mamuśki, wręczającej „syneczkowi” dziesiątaka na drożdżówkę lub/i papierosy. Zaskórniakom sprzyjały rozliczenia wypłacane w gotówce. W dobie przepływów bezgotówkowych, również firmowa nagroda wpływa na konto, więc trudno mówić o własnej tajemnej kasie. Chyba że prowadzi się działalność gospodarczą i przemilcza niektóre wpływy. Plusem zaskórniaków jest to, że można partnera mile zaskakiwać prezencikami czy chociażby kwiatami.

Dwa konta: moje i twoje

Według badania ING, co piąta osoba mająca partnera nie ma wspólnego konta. W tym modelu, nazywanym amerykańskim, każdy z partnerów zachowuje  swoje konto i swoje dochody. Koszty wspólnego gospodarstwa pokrywane są przez każdego z osobna według umówionego systemu, np. on płaci za wszystko, co jest związane z utrzymania mieszkania, a ona pokrywa codzienne zakupy. On opłaca wakacyjne wyjazdy i ubezpieczenie samochodu, a ona kupuje ciuchy dla całej rodziny.

Plusem jest to, że każdy z partnerów jest jedynym dysponentem własnych pieniędzy  – sam się nimi rządzi. Jest to ważne zwłaszcza wtedy, gdy partnerzy mają dużo zaszłości – alimenty, płacenie za mieszkanie byłej żony czy opłacanie studiów dziecka z poprzedniego małżeństwa. Plusem technicznym jest podwojona możliwość korzystania ze wszelkich moneybacków, czy innych promocji. Dla niektórych plusem jest ograniczenie dyskusji o pieniądzach – gdy raz się ustaliło kto za co płaci, można praktycznie tego tematu nie poruszać.

Minusy

  • Jest to de facto finansowa separacja. Osobne konta nie pomagają budować poczucia MY w związku. Pół biedy jeszcze, gdy partnerzy prowadząc oddzielne konta wspierają się wzajemnie, wtedy gdy drugiemu wiedzie się słabiej. Gorzej jest gdy te dwa światy finansowe dzieli mur – wolnoć Tomku w swoim domku. „Nie masz kasy, trudno – pojadę do Zakopanego z Zośką”. „Chciałabyś pojechać ze mną na nurkowanie? Jak – przecież nie masz kasy, a ja i tak zabieram syna”.
  • Żałosne bywa również skrupulatne rozdzielanie kosztów zakupów – „Ty pokrywasz 3/4 kosztów szynki, bo więcej zjadłeś”. „Wtrąbiłaś w zeszły tygodniu 3 jogurty, a ja tylko dwa”. „Twoje dziecko wyjadło serek, który ja kupiłam”.  Dążąc do sprawiedliwego podziału można się naprawdę zapętlić i wpaść w pułapkę małostkowości – znam osobiście doprawdy szlachetne osoby, które wpadły w taką pułapkę.
  • Wolność ma swoją cenę. Największy MINUS takiego rozwiązania ujawnia się, gdy jedno z partnerów traci swoje źródło dochodów, staje się bezrobotnym, lub zajmuje się wychowaniem dzieci. Musi wtedy prosić o pieniądze drugą osobę. Bywa, że sytuacja taka traktowana jest jako świetny moment na „odegranie się”. Pieniądze są przecież dla wielu symbolem władzy. Zaczyna się wydzielanie i kontrola. Opowiadano mi o sytuacji, gdzie mąż nie robiący nigdy wcześniej zakupów, wydzielał żonie po 10 zł na dzień i oczekiwał pełnej aprowizacji – po prostu nie miał pojęcia ile żywność kosztuje.

Warunkiem powodzenia  modelu dwóch kont jest sprawiedliwe podział kosztów pokrywanych przez partnerów. Warto tę sytuację kontrolować, jako że może się zdarzyć, iż dotychczas utarty schemat traci rację bytu, np. kredyt hipoteczny zostaje wreszcie spłacony, lub koszty żywości rosną na tyle szybko, że osoba, która do tej pory je ponosiła, płaci o wiele więcej.

Dwa osobne konta dają poczucie największej wolności i niezależności. Najczęściej są używane przez ludzi pozostających ze sobą w związkach nieformalnych. Sprawdzają się też, gdy każde z  nich prowadzi działalność gospodarczą. Wygodne jest, gdy oba konta są w jednym banku, wtedy bez problemu można je sobie zasilać, niemalże w czasie rzeczywistym. Jeśli partnerzy w ogóle przewidują taką możliwość wspierania się.

 Trzy konta: moje, twoje i nasze

Z badania przeprowadzonego przez ING wynika, że tym rozwiązaniem, zwanym francuskim, posługuje się większość par, nie tylko w Polsce. Partnerzy składają się na wspólne konto, z którego finansują koszty gospodarstwa i wspólne inwestycje, a pozostałą część zachowują dla siebie.  W ten sposób każde dysponuje swoimi pieniędzmi, które mogą być wydawane  lub oszczędzane w zależności od preferencji. Rozwiązanie to pozwala korzystać zarówno z PLUSÓW konta wspólnego, jak i  kont osobistych.

Istotne jest to, że wspólne konto powinno pokrywać koszty prowadzonego gospodarstwa. Trzeba więc je najpierw policzyć i zaplanować. Powinno również umożliwić wspólne inwestycje. W ten sposób buduje się materialny fundament związku.

Proporcja dochodów zasilających wspólne konto może być różna. Diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach. Dlatego przyjmując takie rozwiązanie musicie zacząć od ustalenia między sobą na jakich warunkach będziecie zrzucać się na wspólny rachunek. Jest to szczególnie ważne przy sporych różnicach w zarobkach. Partnerzy powinni zdecydować czy różnica w wysokości przychodów znajdzie odzwierciedlenie w zrzutce do wspólnej kasy, czy też w indywidualnych budżetach.

Mogą się umówić, że każde zostawia sobie określoną sumę – np. po 1000 zł, a cała reszta wchodzi do wspólnego worka. Albo też ustalają, że wpłacają procentowo po równo, np. po 75% przychodów. Jeżeli ona zarabia  3200 zł, a on 5000 zł, to do wspólnego kotła idzie 6150 zł. Ona wpłaca 2400 zł i zostaje jej 800 zł, a on 3750 zł i zostaje mu 1250 zł.

Inną wersją jest dostosowanie proporcji „zrzutki” do wysokości dochodów partnerów, tak aby osoba mniej zasobna nie zostawała goła. Dlatego można się umówić, że osoba  zarabiająca  o wiele więcej, więcej wkłada do wspólnej puli. Ma to sens przy bardzo dużej różnicy w dochodach. Np. osoba zarabiająca mniej wpłaca 20% swojej pensji, a osoba zarabiająca więcej – 50%.

Zdecydowanym plusem tego modelu jest częściowa wolność finansowa partnerów – w ramach własnych zasobów.  Ogromnym plusem jest wspólna baza finansowa. Nie do przecenienia jest uczenie się operowania jednym, wspólnym kontem.

Dlatego ten model, zwany francuskim, wydaje mi się najwygodniejszy i to z punktu widzenia kryteriów merytorycznych, jak i emocjonalnych. Jest dla mnie najelastyczniejszy i najsprawiedliwszy. Łatwo go też modyfikować.

Jakikolwiek model przyjmiecie, ważne jest – by pieniędzmi dysponować rozsądnie, nie tracąc z oczu najważniejszego – wzajemnego zaufania i miłości.

Zostaw swój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *